Powiadom znajomego o naszej stronie.
Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Bleeding Darkness (Spain)
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9360
Rozpoczętych wątków : 6035
Odpowiedzi : 23912
Wspieramy

Gothycka Mucha :: Castle Party 2004

11 edycja tego najsłynniejszego i najbardziej wpływowego festiwalu promującego muzykę dark/gothic w naszej częsci Europy już za nami, więc mogę pokusić się o krótką relację i wyciągnąć kilka wniosków.

Festiwal dla mnie zaczął się dopiero w piątek (duża liczba widzów przyjechała już w czwartek i bawiła się na tzw. beforkach) około godziny czternastej – bo wtedy udało mi się wypakować z PKS-u z Łodzi. Podróż była fatalna (7 godzin jazdy + polskie drogi – to chyba wyjaśnia wszystko), więc nie nadawałem się zbytnio do czegokolwiek – na szczęście pierwsze sety dj-skie były planowane dopiero na wieczór. W planie były 3 sety: Leszka Rakowskiego z Fading Colours, Bruno Kramma z Das Ich i Ronny’ego Moringsa z Clan of Xymox. Leszek Rakowski zaczął obiecująco, nawet udało mi się trochę rozruszać, ale niestety szybko dopadła mnie senność – traf chciał, że nie przespałem poprzedniej nocy i to była dla mnie mnej więcej 30 godzina na nogach – w związku z czym o dalszych setach wiem tylko tyle, że były bardzo łomotliwe (brzmiały zupełnie jak techno, niestety) i że chyba odpowiedzialny za nie był jedynie Morings – ponoć Bruno Kramm nie dojechał złożony chorobą. Ja obudziłem się dopiero na występ Arcany – i nie żałuję. Wielu ten występ urzekł – mnie nie do końca przekonali, chociażby tym, że grał jeden muzyk a większość melodii leciała z taśmy – gdyby nie to, byłby to jeden z najlepszych występów na tegorocznym CP.

Sobota miała dużo więcej atutów: występy gwiazd takich jak Moonlight, Blutengel, Suicide Commando czy Deine Lakaien każdego fana mrocznych brzmień powinny co najmniej zaintrygować. Dwa pierwsze koncerty (Daemonicum i Naamah) nie zachwyciły jednak – były bardzo typowe, zbyt typowe, jak na taką imprezę. Dopiero God’s Bow, używający wiolonczeli zrobił na mnie lepsze wrażenie. W połączeniu z przemiłą panią wokalistką zespół pozostawiła naprawdę dobre wrażenie. Szkoda tylko, że zagrali tak krótko... No ale po nich zagrał zespół, na który czekałem od dawna – Moonlight. Byłem bardzo ciekawy ich występu, albowiem nie widziałem ich od czasu rozstania się z długoletnim klawiszowcem i twórcą sporej części repertuaru zespołu, Danielem Potaszem. I nie pomyliłem się – zespół brzmiał inaczej, nie sięgał raczej do starszych kompozycji, skupiając się na promowaniu tych z Candry i najnowszego Audio 136. I byłoby naprawdę dobrze, gdyby nie to, że decyzją organizatorów Moonlight grał w pełnym słońcu, które akurat wtedy uparło się bezlitośnie prażyć całą scenę. Nie wytrzymały tego klawisze zespołu i po prostu się spaliły... I w tym momencie wielka wpadka organizatorów i jednocześnie wielki szacunek dla Majki Konarskiej. Otóż panowie organizatorzy ani nie zapewnili zapasowego sprzętu (choćby podstawowego, żeby zespoły w razie awarii mogły dokończyć koncerty bez błagania innych o pożyczenie potrzebnego instrumentu), ani nie zapewnili jakiejkolwiek konferansjerki, przerywnika czy czegokolwiek innego. Tak więc Maja została sama na scenie i przez bite 20 minut zabawiała publiczność, by na koniec a capella odśpiewać wraz z publicznością „To nic nie dało przyjacielu mój”. Potem zagrali jeszcze 2-3 piosenki i musieli ustąpić miejsca największej pomyłce festiwalu, czyli Cool Kids Of Death. O tym zespole nie napiszę wiele – po obraźliwym raczej powitaniu i w związku z tym wyjątkowo chłodnym przyjęciu zespołu ze strony publiczności oddelegowaliśmy się z Nietoperzem na obiad, a pan wokalista skończył śpiewając tyłem do publiczności. Jedynym jaśniejszym punktem tego występu był cover „Twojej Lorelei” Kapitana Nemo, który zabrzmiał całkiem całkiem. Po obiedzie miałem nie wracać na Zamek, bo za muzyką Blutengela nigdy nie przepadałem, ale takie a nie inne okoliczności przyrody (te Nietoperze...) spowodowały, że znalazłem się z powrotem na zamkowym dziedzińcu. I całe szczęście, gdyż dane mi było zobaczyć w ten sposób największy skandal tegorocznej edycji Castle Party – odwołany występ Blutengela. Nie będę tutaj wnikał w powodu takiej a nie innej decyzji zespołu, można sobie o tym poczytać na oficjalnej stronie zarówno zespołu, jak i festiwalu (oczywiście są to wersje przeciwstawne), ale pozostał ogromny niesmak, ze wskazaniem niestety na winę polskiego organizatora. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: absencja Blutengela spowodowała, że występy Suicide Commando i Deine Lakaien mogły być odpowiednio dłuższe, co przysłużyło się odbiorowi obu. Ale po kolei.

Najpierw pojawił się belgijski zespół, grający dość ciężkie electro i znakomicie spełnił swoje zadanie: publiczność natychmiast zapomniała o aferze z Blutengelem i zaczęł asię po prostu bawić. Szybka, motoryczna muzyka zespołu, połączona z żywiołowością wokalisty, który w pewnym momencie biegał nawet zapakowany w kaftan bezpieczeństwa, i świetnymi wizualizacjami na telebimie zrobiła na wszystkich (w tym i niżej podpisanym) ogromne wrażenie. Nic dziwnego więc, że Belgowie schodzili ze sceny dopiero po 3 pełnych bisach i przy publiczności skandującej nazwę zespołu. Tymczasem zapowiadała się zupełna zmiana stylistyki: na scenie pojawił się fortepian, co oznaczało, że początek akustycznego koncertu Deine Lakaien jest już bliski. I rzeczywiście, najpierw obejrzeliśmy Ernsta Horna strojącego swój instrument, a nieco później Alexandra Veljanova, odzianego z długi płaszcz i wyglądającego, jakby przybył z otchłani października co najmniej, a nie końca lipca. Niestety, pierwszą część ich koncertu straciłem z powodów, o których szerzej będzie poniżej, przy okazji żalów przeróżnych do organizatorów – i tego nie mogę im darować. Druga część występu zaczęła się dla mnie od „Return” – piosenki, od której zacząłem słuchać DL i która wywołałą autentyczne wzruszenie. W końcu to ich pierwszy koncert w Polsce...

W życiu bym nie pomyślał, że będą w stanie przebić świetny występ Suicide Commando, a jednak im się ta sztuka udała. Horn szalał na swoim fortepianie, często pomagając sobie pałeczkami, kartkami papieru i sam Bóg wie, czym jeszcze, a czysty głos Veljanova prowadził nas pod same gwiazdy (tak, wiem, nieco tandetny obrazek, ale nad Bolkowem naprawdę była pełnia i widać było mnóstwo gwiazd). Polska publiczność spodobała się Veljanovowi, który był nad wyraz rozmowny (pomijając nieco wstydliwe, ale przyjęte oklaskami za szczerość „sorry, but my polish is... It doesn’t exist...”). Skończyło się to czterema bisami po dwie piosenki każdy I poczuciem, że wreszcie uczestniczyłem w czymś na prawdę wielkim artystycznie.

Niedziela, ostatni dzień festiwalu otwierał rosyjski The Unholy Guest, który pozostawił po sobie całkiem niezłe wrażenie. Po nich grała warszawska Eva, jeden z moich faworytów – i nie zawiodłem się. Szkoda tylko, ze grali tak krótko i że spotkali się z dość chłodnym przyjęciem – ale tu winiła raczej wczesna pora i niewielka frekwencja. O występie Desdemony mogę powiedzieć tylko tyle, że się odbył – nie pamiętam go zbyt dobrze (nie, nie byłem pod wpływem napojów wyskokowych), podobnie mogę napisaćo występach Sui Generis Umbra i Agressivy 69. Wszystkie były poprawne, muzyka była ładna, ale brakowało tego czegoś... Może dlatego, ze odbywały się w świetle dnia (szczególnie przeszkadzało to przy SGU), a może dlatego, że wciąż byłem pod wrażeniem występu Deine Lakaien. Tak czy inaczej nie zapisały się jakoś szczególnie w mojej pamięci. Natomiast Armia tak. Pomimo obaw publiczności i sporej rezerwy do zespołu Armia wyszła z tego boju zwycięsko, a pod sceną pojawiło się jedyne w trakcie festiwalu pogo (moja ręka, moja szyja, tak to jest, jak się oberwie rozpędzonym gitarzystą Evy – kto go widział, ten wie). Panowie zaczęli od kawałka Siekiery, ale potem grali już tylko te stworzone pod szyldem Armii, pomimo że publiczność często i głośno domagała się utworów tego pierwszego z zespołów Tomasza Budzyńskiego. Nic to nie dało niestety – natomiast mieliśmy tu przykład osobliwego poczucia humoru zespołu, bo ponoć w Kostrzynie na Przystanku Woodstock zagrali dużo kawałków Siekiery właśnie (że zacytuję kolegę „dużo głupichów o jednozdaniowym tekście” wrrrr, nie zna się ignorant jeden), co nie spotkało się ze zbytnim entuzjazmem tamtejszej publiczności. Mmo to występ był bardzo udany, a ja wyszedłem z niego cięższy o parę siniaków i o dwie reedycje płyt Armi.

Po nich nastąpiła dłuższa przerwa i na scenie pojawiła się największa gwiazda festiwalu: Clan of Xymox. O ich koncercie nie można powiedzieć niczego innego poza tym, że był po prostu świetny i że zgromadził praktycznie całą publiczność na dziedzińcu zamku – nawet ogródki piwne opustoszały. Trudno się dziwić – Clan of Xymox to żywa legenda goth rocka i bardzo niewiele pozostało już zespołów tego formatu. Grających po nich Niemców z Project Pitchfork czekało więc trudne zadanie, ale sobie z nim poradzili, że tak powiem, śpiewająco. Wokalista robił na scenie cuda, co raz zakończyła się wywrotką i radosnymi konwulsjami (bo nie wiem, jak inaczej to określić), a pod koniec koncertu na stojaku klawiszy pojawiła się... polska flaga z logiem zespołu! Bardzo fajnie to wyglądało, tutaj dodac też trzeba, że zespół również miał świetny kontakt z publicznością, kontrastujący ze statycznością Ronniego Morningsa. Niestety, ich półtorej godziny szybko dobiegło końca i po dwóch biasch nastąpił koniec festiwalu. Było mi naprawdę trudno uwierzyć, ze jest już po wszystkim, ale to chyba lepiej, niż gdybym miał mieć go już dosyć – a było za co. W punktach:
- Na samym starcie zgubiła się akredytacja Palmiaka. Pan w namiocie rozbroił nas stwierdzeniem „No tak, zginęła dwa dni temu, no cóż”. I co, państwo liczyli, że chłopak nie dojedzie i nie trzeba będzie robić nowej?
- Na bransoletkach, które dostawali ludzie kupujący karnety, jak byk stało CASTEL PARTY. No comment...

- Potężne utrudnienia w robieniu zdjęć – od soboty wpuszczano jedynie po pięciu fotografów na raz pomiędzy barierkę i scenę, a od koncertu Clan of Xymox już nikogo – granda! Wiązało się to z iście humorystycznymi sytuacjami, gdy stałem sobie w wielonarodowej kolejce i wysłuchiwałem narzekań pewnego Włocha na to, że traci świetny koncert Deine Lakaien (TAK, DZIĘKUJĘ WAM ORGANIZATORZY, ŻE DZIĘKI WAM NIE ZOBACZYŁEM PONAD 50 MINUT KONCERTU IŻE „MOJE” 5 MINUT WYPADŁO AKURAT PRZY ZIELONYCH REFLEKTORACH, WIĘC ZDJĘCIA ZESPOŁU SĄ ZIELONE!) oraz wojny kamerzysty wynajętego przez Catle Party do nakręcenia występu z ochrona, która nic o tym nie wiedziała, i chciała go wywalić po przepisowych 5 minutach, a nie było świętego, który by sytuację rozwiązał.

- Koncerty w pełnym słońcu – nie dało się opóżnić godziny rozpoczęcia np. do 17, a kończyć o 3.30, zamiast o 1.30? Poza tym można było rozładować stężenie gwiazd i zespołów „nocnych” typowo (Moonlight, Sui Generis Umbra (!), Agressiva 69), dając któryś z nich na piątek pomiędzy dj-ów (którzy nie wiedzieć czemu zaczynali o 19) a Arcanę.

Poza tymi (dużymi) niedociągnięciami festiwal był udany i mam nadzieję, że wrócę tam za rok.

Komentarzy: 0 26.07.05 - 19:30

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture