Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Cytat, który najbardziej do Was trafił...
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9417
Rozpoczętych wątków : 6060
Odpowiedzi : 23938
Wspieramy

Khiara :: Diary of Dreams, Agonised by Love, Cliche-Progresja 19.01.08

Są takie chwile w życiu człowieka, których długo się nie zapomina, są takie koncerty, które długo nie pozwalają powrócić do rzeczywistości. Ten właśnie, który miał miejsce 19 stycznia 2008 roku w warszawskiej Progresji z pewnością dla wielu fanów Diary of Dreams był tym, który pozostanie w ich pamięci jeszcze na długi, długi czas... Bezapelacyjnie bowiem, zaliczyć go można do najlepszych w dotychczasowej historii polskich występów grupy.

Zanim jednak to wiekopomne wydarzenie nastąpiło, dzień a właściwie wieczór wcześniej, skuszona mglistą, aczkolwiek jakże atrakcyjną zapowiedzią pojawienia się zespołu na before party, ruszyłam w wiadomym kierunku - cel: klub „No Mercy”. Coś podpowiadało mi, że
początkowo budzące moje podejrzenia o bycie niezłym marketingowym chwytem, słowo: ”najprawdopodobniej”, potwierdzone później przez samego Mr. Hatesa (nie wytrzymałam i postanowiłam wypytać u źródełJ) równie enigmatycznym, ogólnikowym i znaczącym wszystko: „who knows”, może być jednak realne.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie musiałam się tak spieszyć, bo na stołeczne imprezy, jak zapewnił mnie sympatyczny pan szatniarz, gawiedź zbiera się późno, a i sama impreza zazwyczaj rozkręca się długo. Nie wiem czy jest to akurat regułą, ale before party początkowo lekko mnie pod tym względem przeraziło: nie dość, że pusto na parkiecie to równie pusto w całym lokalu. Na szczęście niespodziewanie i nawet nie wiem kiedy „No Mercy” wypełniło się po brzegi i koło północy mogłam z całą pewnością stwierdzić, że impreza całkiem, całkiem: tłumy przy barze, tłumy na parkiecie – prawidłowo.
I gdy tak beztrosko oddawałam się sympatycznej konwersacji o rzeczach jak najbardziej przyziemnych, w najmniej spodziewanym momencie otwarły się wrota i do przybytku wkroczył jak gdyby nigdy nic zespół Diary of Dreams z orszakiem i w towarzystwie przedstawicieli grupy Agonised by Love. Jak stałam tak oniemiałam, kompletnie zapominając o czym to ja właśnie miałam powiedzieć;)
Zespół od razu zajął spodziewane miejsce w ciemnym zakątku na uboczu sali, prawie natychmiast zwracając na siebie uwagę uczestników imprezy, że nie wspomnę o co odważniejszych fankach, które nie czekając na zaproszenie, wkrótce przystąpiły do ataku i rozpoczęły dzieło towarzyszenia muzykom w zabawie;)
Co dało się zauważyć to pełen luz i swobodę w zachowaniu członków zespołu. Odnieść można było wrażenie, że to takie normalne i naturalne, że są wśród nas i bawią się jak cała reszta, co najmniej jakby byli tu stałymi bywalcami. Fakt, może np. Gaun:A był bardziej skłonny do zabawy jako takiej, dając np. upust swojej niespożytej energii na parkiecie, niż Mr. Hates – raczej zdystansowany, choć pogodny obserwator, oddający się spacerom po klubie i rozmowom to z tym to z tamtym, tudzież tamtąJ.
Udział muzyków w imprezie z pewnością był nie lada atrakcją i stanowił o wyjątkowości tejże, przyznać jednak trzeba, że sama w sobie była całkiem udana. Parkiet kiedy już raz się zapełnił, taki pozostał na bardzo długo, choć sety DJ-skie momentami były dość niespójne i chaotyczne, a niektórym DJ-om zdarzyło się nawet stracić kontrolę nad sprzętem (na szczęście miało to miejsce w początkowych fazach imprezy).
Atmosfera jednakże sprzyjała dobrej zabawie, która trwała niemalże do wschodu słońca. I tylko zastanawia mnie fakt kiedy muzycy zdążyli wypocząć skoro sami opuścili lokal w środku nocy. Zastanawia tym bardziej, że to, co dali z siebie na drugi dzień przeszło moje najśmielsze oczekiwania…

W dniu koncertu, nauczona doświadczeniem z before party, że przecież nie ma się co spieszyć, do Progresji dotarłam z lekkim opóźnieniem i kiedy wkroczyłam do klubu na scenie trwał już występ pierwszego supportu – zespołu Cliche, będącego projektem De-mo i towarzyszącej jej na scenie DJ Nari.
O projekcie tym słyszałam nieco podczas krakowskiego koncertu Camouflage, a że zachwalał mi go zatwardziały depesz, pomyślałam, że kto wie, może jest to coś faktycznie godnego uwagi…Tak się jednak złożyło, że od tamtego czasu nie zdążyłam zanzajomić się z twórczością De-mo, stąd występ przed DOD miał być ku temu pierwszą okazją. Jaki był wynik tej konfrontacji? No cóż, bardzo przeciętny, dziewczyny niestety nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że jak minimalistyczna jest muzyka Cliche i środki wyrazu jakimi się posługuje, tak minimalistyczna jest ekspresja dziewczyn na scenie. Monotonnie, jednostajnie, bez polotu i większego zaangażowania, po prostu tego czegoś, co przykułoby uwagę nie tylko moją, ale i większości publiki, która zbytniego zainteresowania występem nie wykazywała, albo wykazała go w dość umiarkowanym, żeby nie powiedzieć skromnym stopniu. Na plus oceniam image dziewczyn: czarna koszula i białe dodatki u De-mo i niczym negatyw odbijająca się biała koszula z czarnymi dodatkami u Nari.
Szkoda tylko, że De-mo tak oschle traktuje publiczność, iż odnosi się niemal wrażenie, że jest jej to zupełnie obojętne, czy ktoś jest zainteresowany koncertem czy nie. Tutaj pozwolę sobie na luźne skojarzenie i dodam, że ta oziębłość, niewykluczone, że wyreżyserowana, przypominała nieco zachowanie wokalistki zespołu Desdemona. Nie wiem, być może w tym „szaleństwie” jest metoda? Jeśli nawet, to na mnie nie podziałała tak, jak być może podziałać powinna. Może następnym razem…

Jako drugi tego wieczoru support wystąpił dobrze już znany Agonised by Love, powoli acz konsekwentnie stąpający wyznaczoną sobie od początku ścieżką dobrze zapowiadającej się muzycznej… hmmm….kariery…Jak dla mnie support w postaci AbL był doskonałym wyborem, bo że klimatem świetnie pasują do DoD, chyba nie trzeba nikomu specjalnie tłumaczyć. Dlatego też na ich koncert czekałam z ciekawością, tym bardziej, że na żywo widziałam ich do tej pory tylko raz na Blue Moon Festival i muszę przyznać, że tamten występ wspominam bardzo pozytywnie.
Koncert w Progresji był poprawny, ogólnie dobry, ale nie mogę powiedzieć, że bardzo dobry. Owszem, publiczność żywo reagowała na kolejne utwory, wśród których nie zabrakło m.in. takich hitów jak „Close behind You”, „Little Ghost”, czy „Silent war”, jednakże nie była to reakcja ciągła i jednostajnie intensywna. Sama odrobinę więc rozczarowałam się występem AbL. Czegoś w nim brakowało, był jakiś, jak na możliwości tego zespołu, zbyt anemiczny, chaotyczny, momentami wręcz sprawiający wrażenie niedopracowanego i mocno improwizowanego. Rafał chwilami śpiewał tak, jakby musiał wkładać w to więcej wysiłku niż zwykle, a wszyscy muzycy razem wzięci mieli problemy ze swobodnym, naturalnym ruchem na scenie.
Ogólnie, choć publika w większości dopisała i dobrze się bawiła (w końcu ten zespół ma sporą grupę fanów, a i duży potencjał i możliwości), w koncercie AbL było trochę braków. Tak jakby nie dali z siebie wszystkiego tego, co dać mogli, przy tych przecież tak sprzyjających warunkach (efektowna oprawa świetlna, czy dodające koncertowi klimatu efekty dymne). Mogło być lepiej, choć nie było źle.

Po supportach przyszedł czas na to, czego wszyscy oczekiwali z niecierpliwym, narastającym wraz z upływem czasu podnieceniem, które wręcz dało wyczuć się w powietrzu. Czwarty występ Diary of Dreams w naszym kraju na długo przed dojściem do skutku wywoływał ogromne emocje. A kiedy już w atmosferze ogólnego pozytywnie rozumianego napięcia, wręcz elektryzującego oczekującą w półmroku publiczność, na scenę w blasku, jak zwykle świetnie dobranych świateł, wkroczyli muzycy grupy, emocje te, od pierwszych do ostatnich sekund tego niesamowitego show zawładnęły wszystkimi bez wyjątku. Niesamowitego, bo po pierwsze, od razu dało się zauważyć, że Adrian jest w doskonałej, pod każdym względem, formie, po drugie, bez dwóch zdań koncert ten był najlepszym do tej pory w historii koncertów tej grupy w Polsce. To, co Adrian Hates i wtórujący mu Gaun:A wyczyniali na scenie przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Widać, że Ci dwaj panowie coraz lepiej czują się razem na scenie (trudno się dziwić, trening czyni mistrza;)), świetnie ze sobą pod względem ruchu scenicznego współpracując i uzupełniając się wzajemnie. Co zwróciło moją szczególną uwagę, to żywioł i energia jaką Adrian dosłownie przelewał na wpatrzoną w każdy jego ruch, gest i grymas publikę. Ten facet jeszcze nigdy tutaj tak nie szalał na scenie: nagłe, mocne wykopy, zjazdy w dół po statywie, niesamowite, sugestywne spojrzenia świadczyły o tym jak bardzo angażuje się w to, co wykonuje, w cały występ. Oczywiście nie zabrakło znanego już dobrze gestu szerokiego otwarcia ramion, czy doprowadzającego do szaleństwa głównie żeńską część publiczności, wyjątkowo tym razem długo odkładanego, rozpuszczenia włosów (myślałam, że się już nie doczekam;)). Szkoda jedynie , że D.N.S i Taste, zastępujący na instrumentach klawiszowych Torbena, byli tak mało widoczni w głębi sceny. Podejrzewam jednak, że tak czy owak, znakomita większość zgromadzonych przed sceną skupiałaby uwagę głównie na frontmanie, który tego wyjątkowego wieczoru był cały dla niej. Bardzo często też pozwalał jej wyśpiewywać teksty utworów czy wykrzykiwać poszczególne ich fragmenty, dodatkowo zachęcając ją do tego wyciągając daleko do przodu mikrofon lub przystawiając otwartą dłoń do ucha. Widać było, że doskonale się przy tym bawił, a wszystkim muzykom udzielała się atmosfera magicznej euforii płynącej z głębi zafascynowanej i mocno przeżywającej każdą chwilę koncertu publiki (rzadko z resztą z męskich ust słyszy się na takiej imprezie okrzyki w stylu: „ I love You Adrian!”:)).
Repertuar tego występu, poza oczywiście materiałem z „;Necrolog43” (bardzo dobrze wypadły m.in. „Necrolog43”, „The Plague”, „Son of a Thief”, UnWanted?”, „Hypo)cryptiK(al” obejmował, co było do przewidzenia, także mnóstwo hitów, wśród których znalazły się np.: „Giftraum”, „Traumtaenzer”, „Menschfeind”, „O'Brother Sleep”, „She”, „The Curse”, „Chemicals”, „Amok”, „Soul Stripper”, „Butterfly:Dance!”.
Miło było też usłyszeć: „False affection, false creation”, czy “Play God!”. Do przewidzenia były oczywiście bisy w liczbie dwóch ponownych wyjść muzyków na scenę, zakończone, jak to ładnie określił Adrian: “goodnight song”, czyli specjalną, niezwykle wzruszającą (ze względu na przejmujący, chwytający za serce wokal) wersją „She and her darkness”. Podczas tego utworu fani zgromadzeni na sali dosłownie zamarli z osłupienia…Cisza pod sceną aż krzyczała! Adrian dał tu prawdziwy popis umiejętności wokalno- interpretacyjnych, a atmosfera…magiczna (?) to zbyt małe słowo by ją określić!
O tym, że zarówno publiczność, jak i z pewnością zespół, może warszawski koncert zaliczyć do bardzo udanych, świadczyć może zaskakująca mowa „dziękczynna”;), jaką wygłosił na zakończenie Adrian pozdrawiając fanów, którzy przybyli nie tylko z Polski oraz uśmiechnięte i zadowolone twarze żegnających się z publicznością muzyków, że nie wspomnę o spontanicznym: ”You’re amazing!” Taste’a, który na koniec chwycił jeszcze za mikrofon, żeby wyrazić swój podziw dla jak zawsze przecież fantastycznej polskiej publiczności. I chociaż Adrian, jak uprzedzał w wywiadzie dla Darknation, nie ugiął się pod prośbami fanów i na rzuconą z tłumu propozycję zagrania „Panik”, znacząco pokręcił głową, to koncert z czystym sumieniem można określić mianem genialnego. Do tego wszystkiego doskonała zabawa do tzw. białego rana na udanym afterze i mamy przepis na świetny, niezapomniany wieczór.
Wspomnieć jeszcze trzeba o tym, że członkowie Diary of Dreams znowu, ku uciesze fanów, zaszczycili imprezę swoją obecnością; każdy na swój sposób: Gaun:A w większości czasu przy barze, D.N.S. na parkiecie, Taste dając się kokietować co urodziwszym gotkom, a Mr Hates, jak zwykle, oddając się rozmowom, spacerując po klubie i obserwując bawiących się na parkiecie. Zanim jednak fani pozwolili muzykom faktycznie w tej imprezie uczestniczyć minęło jakieś dobre 1,5 godziny wypełnionej robieniem sobie zdjęć, rozdawaniem autografów, czy wymianą uścisków. Szczególnie wyrazy uznania i szacunku za anielską wręcz cierpliwość i niezwykłą otwartość należą się tutaj najbardziej i najdłużej obleganemu Adrianowi, który na dodatek w tym wszystkim miał jeszcze siłę i najwyraźniej ochotę z każdym, który tylko chciał, krótko porozmawiać.

Podsumowując, gdybym miała kilkoma słowami określić ten koncert to na pewno byłyby to: energia, żywioł i pełen profesjonalizm! Amen.
A póki co, wszystkim, którzy wciąż pewnie jeszcze przeżywają to wydarzenie, pozostaje czekać do następnego razu, a ten, jak obiecał ze sceny sam Adrian, nastąpi na pewno.

Komentarzy: 0 12.02.08 - 23:11

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture