Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Cytat, który najbardziej do Was trafił...
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9403
Rozpoczętych wątków : 6046
Odpowiedzi : 23924
Wspieramy

Khiara :: DIORAMA + Faderhead, Agonised by Love - 19.04.08 Warszawa

Ten koncert, jeszcze zanim do niego doszło, był już dla niektórych koncertem roku. Dla wielu taki już pozostał, bo to, co rozegrało się na scenie warszawskiego klubu Progresja 19 kwietnia 2008 przeszło najśmielsze oczekiwania niejednego fana Dioramy. Zanim jednak zostaliśmy świadkami tego wydarzenia, publiczność rozgrzewała się przy dźwiękach Agonised by Love i Faderhead. O ile koncert tej drugiej, niemieckiej grupy stanowił jakąś ciekawostkę, o tyle występ AbL zawiódł do bólu chyba nawet tych, którzy pokładali resztki nadziei na to, że zespół ten scenicznie potrafi jeszcze coś z siebie wykrzesać. Zupełnym nieporozumieniem był już sam fakt, że AbL jeszcze całkiem niedawno supportował Diary of Dreams w tym samym klubie. Ja rozumiem, że koszty, że najlepiej wziąć zaprzyjaźniona kapelę, która wiele nie policzy, a najlepiej z Warszawy, bo blisko i odpadną koszty podróży, ale czy naprawdę nawet w tej stolicy nie ma innych zespołów, które mogłyby supportować zachodnie gwiazdy?

Sam koncert AbL zaczął się tak, że przez dłuższą chwilę trzeba było poważnie się zastanowić czy to już koncert czy próba: kakofonia dźwięków, chaos, niezgranie, kiepskie brzmienie i totalny brak tego czegoś, co może przyciągnęłoby na salę większą część publiczności. A ta po pierwszych dźwiękach od razu wolała udać się do baru, albo udała się tam po stwierdzeniu, że jednak nie warto poświęcać czasu na czekanie aż coś w występie warszawiaków zmieni się na lepsze. Przykro to stwierdzić, ale z koncertu na koncert AbL opadają z sił. No dobrze, były momenty lepsze, ale nie poprawiły niestety ogólnego wrażenia. Tym razem nie pomogły też ani nowe kawałki, ani tym bardziej zmiana wizerunku wokalisty - przefarbowanie włosów z blond na czarny nie przydało mu energii. I znowu chaos, chaos przeplatany apatycznymi próbami nadania występowi jakiegoś charakteru – tak można określić to co widzi się patrząc zarówno na Rafała jak i cały zespół. Scenicznie ma się wrażenie, że każdy z nich gra dla siebie, w oderwaniu od reszty, nie ma tu show, nie ma tu nawet poprawnie zagranego koncertu, wieje nudą i brakiem koncepcji na siebie i swój wizerunek. Szkoda, bo słuchając ich muzyki na płycie odnosi się zupełnie inne wrażenie.

Po AbL ciekawostka w postaci Faderhead – niemieckiego zespołu, który ma być ponoć mieszanką electro, rock i powerpop (cokolwiek to jest). I w sumie, gdyby się dłużej zastanowić, to tak faktycznie ich muzykę można określić – wszystkiego po trochu (w wersji dyplomatycznej), dla każdego coś dobrego (w wersji delikatnej) i wszystko i nic (w wersji nie owijanej w bawełnę). Dokładnie tak samo można opisać ich show. Wokalista miotał się po scenie, krzyczał i starał się jak mógł, żeby porwać publikę. Nie powiem, sporo osób nawet pląsało i skakało w rytm syntetycznych bitów i można powiedzieć, że koncert został dobrze przyjęty. Ogólnie nie było źle, mimo zabawnie wyglądającej perkusji i perkusisty, który dzielnie uderzał w zestaw, choć z całej tego jego szarpaniny nie wynikało nic innego ponad to, że najwięcej napracował się automat i komputer przetwarzający nie tylko dźwięki, ale i głos wokalisty. A głos no cóż, wokalnie też było różnorodnie, czasem nawet zaskakująco, gdy nagle zamiast klimatów ni to ebm ni to electro ni to industrial ni to hmmm….rap, wokalista wyskakiwał z zawodzącymi partiami rodem z chwytliwych hitów a la Linking Park i tym podobnych dziwolągów;). Koncert Faderhead oceniam zatem jako poprawny, bez polotu i rewelacji, lekko monotonny i … trochę sztywno - kwadratowy, ale nie najgorszy i do zniesienia. Brawo dla wokalisty za wytrwałość w dążeniu do rozruszania publiki i stworzenia gorącej atmosfery:).

I wreszcie przyszedł czas na tych, na których wszyscy czekali już z wyraźnym utęsknieniem na twarzach. O połowę mniejsza (o dziwo!) frekwencja niż na Diary of Dreams okazała się mieć w tym wypadku swoje plusy, bo dostanie się do pierwszych rzędów publiczności nie stanowiło większego problemu. A podczas tego koncertu, jak się później okazało, miało to dość istotne znaczenie – Torben niejednokrotnie bowiem pozwolił sobie na bliski kontakt ze swoimi przeszczęśliwymi z tego powodu fanami. Pierwszy rzut oka na wokalistę nieco mnie zaniepokoił. Na jego twarzy, oprócz ewidentnie pozytywnego nastawienia i dobrego nastroju malowały się lekkie ślady dnia, a właściwie wieczoru poprzedniego, kiedy to według relacji wiarygodnych świadków, ekipa Dioramy pozwoliła sobie mocno zakropić zabawę na before party w klubie No Mercy:). Na szczęście Torben od pierwszych dźwięków udowodnił, że kac mu nie straszny i dał najnormalniejszego w świecie klasycznego czadu. Choć, biorąc pod uwagę to, co wyprawiał na scenie ( i nie tylko) przez większość koncertu, taki czad trudno chyba nazwać klasycznym;). Torben znany jest z tego, że śpiewając na żywo mocno przeżywa każdą linijkę tekstu, jego teatralne, pełne emocji gesty i mimika twarzy to już nieodzowny element każdego show Dioramy. Jednak to, co dał nam z siebie tego wieczoru było czymś więcej. Tak niesamowitego kontaktu z publicznością nie widziałam chyba na żadnym koncercie. Owszem, ktoś mógłby zarzucić, że było w tym coś z kokieterii popowego idola nastolatek, ale w przypadku wokalisty tego typu zespołu nie można poddać się do końca takim porównaniom – w tym była po prostu naturalna szczerość i przede wszystkim nieudawana, wyluzowana radość! Widok Torbena wyłażącego na kolumny, śpiewającego na leżąco czy siedząco z opartymi o barierki nogami, widok Torbena spędzającego większość utworu pod sceną, by śpiewając szczerzyć się do aparatów fotoreporterów, przytulać się do fanów, czy wreszcie kłaść się na nich - to widok niepowtarzalny i wart wszystkiego! A to jeszcze nie wszystko, bo oprócz tego, że pan Wendt pośpiewał kilku osobom do włączonych komórek, to jednej z fanek postanowił uatrakcyjnić nagranie filmu z cyfrówki. W tym też celu wziął od niej aparat i nie przestając śpiewać, nagrywał koncert z perspektywy sceny. Nie wiem co z filmu zostało, bo chwilę potem złośliwy głośnik stanął na drodze Torbena i oboje, Torben i aparat wylądowały na podłodze. Pierwszy ani na moment nie przerwał swojej pracy, drugi, co można było wyczytać z zatroskanej miny wokalisty, najwyraźniej przestał działać. Ale jak to mówią: show must go on. A show, pomijając wyczyny Torbena było zacne; jak zwykle pod tym względem fantastyczna współpraca wszystkich muzyków z tym, że Sash też dał się poznać z zaskakującej scenicznej strony: wygibasy i gimnastyczne popisy tego gościa, którego dosłownie wszędzie było pełno(że nie wspomnę o służeniu swymi plecami za podpórkę dla Torbena;)), przykuwały uwagę równie mocno jak wyczyny Torbena.:)
Widać, że wszyscy, nie tylko publiczność tego wieczoru fantastyczne się bawili. Torben udowodnił to nie tylko uśmiechem posyłanym mimochodem to tu to tam, ale pełnymi humoru tekstami kierowanymi do fanów, jak choćby pytanie czy mają zagrać teraz kilka coverów VNV Nation (na co publika zareagowała aplauzem) czy może…. kilka starych numerów Dioramy (aplauz oczywiście znacznie większy:)). Sympatycznym akcentem była też zmiana nazwy znanej marki instrumentów klawiszowych na …Poland:).

Publiczność również nie zawiodła i dała z siebie wszystko, śpiewając, tryskając niespożytą taneczną energią i oczywiście reagując spontanicznie na pierwsze dźwięki każdego kolejnego utworu setlisty. A sama setlista, no cóż, krótko mówiąc- zadawalająca chyba znakomitą większość, bo do tej pory nie spotkałam się z jej krytyką. Było hitowo z mniejszym lub większym wykopem („Last Minute”, „Erase me”, „Exit the grey”, „Wingless”, „Howland Road”, „The Girls”, „Why”, „Definition Power”, „Synthesize me”, „Advance”) było i spokojniej, momentami melancholijnie („E Minor”, „Leaving Hollywood”, czy „Das meer”, który zagrany przez Torbena solo na klawiszach bez dwóch zdań chwycił za serce nawet najtwardszych). Pojawiły się też takie perełki sprzed lat jak „Said but true”. Nie obyło się oczywiście bez bisów („Hla”, „Light”, „Kein Mord”) i mimo zmęczenia, mimo konieczności wylania na siebie wody mineralnej, Torben i spółka nie zawiedli, bo jakże by mogli, w końcu takiej fantastycznej publiczności, do której z pewnością będą wracać z przyjemnością, się nie odmawia. Ogólnie muzycznie dostaliśmy wszystko co reprezentuje każde z oblicz repertuaru Dioramy podane w niesamowicie emocjonującej oprawie, której długo nie da się wymazać z pamięci, z resztą kto by chciał to robić. I to właśnie dla takich koncertów się żyje, odliczając do nich miesiące, tygodnie, dni, godziny. Ciekawe tylko czy i kiedy chłopaki z Dioramy zdołają tu w Polsce przebić to, co zaprezentowali 19 kwietnia w Progresji? Bo jak na razie, z trzech koncertów w naszym kraju ten był zdecydowanie najlepszy! A i after party całkiem zacne tak muzą jak i atmosferą, choć parkiet i sam klub raczej w szwach nie pękał. Sami zaś muzycy, którzy oczywiście zaszczycili imprezę swoją obecnością ( a jakże!:)), nie szczędzili ani autografów ani pozowania do zdjęć i widać zupełnie ich to nie zmęczyło, bo z klubu wyszli jedni z ostatnich :)

Komentarzy: 0 25.04.08 - 04:46

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture