Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Cytat, który najbardziej do Was trafił...
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9417
Rozpoczętych wątków : 6060
Odpowiedzi : 23938
Wspieramy

Khiara :: Wave Gotik Treffen 2008, Leipzig, Niemcy

Po powrocie z pierwszego w swoim życiu WGT wiedziałam, że świat już nigdy nie będzie taki sam, po kolejnym festiwalu na nowo przeżywam trudny powrót do szarej, smutnej polskiej rzeczywistości. Nie ma co ukrywać, niemieckie zamiłowanie do porządku i dyscypliny, a przede wszystkim otwartość i tolerancja robią swoje. Człowiekowi po prostu nie chce się wracać do tych wszystkich naburmuszonych i warczących na siebie od rana do nocy gęb. Cóż, patriotką nigdy chyba jednak nie byłam:)
Ale do rzeczy, Wave Gotik Treffen 2008, bez owijania w bawełnę i zbędnych wstępów, bez dwóch zdań zaliczam do najbardziej udanych na jakich było mi się szczęśliwie bawić. Być może frekwencja była nieco niższa, co pewnie spowodował może nieco mniej obfitujący w wielkie gwiazdy skład, ale atmosfera i dobra zabawa, niejednokrotnie do białego rana, jak zawsze przednia! Oczywiście wiele zależy od towarzystwa, ale tak czy owak, ogólny klimat festiwalu udziela się zawsze:)

Pierwszy dzień pobytu w Leipzig, jako, że był dniem właściwie przed-festiwalowym, upłynął na tzw. aklimatyzacji;) Najpierw polowanie na miejsce dla kilku namiotów dla polskiej ekipy na campingu przy Agrze (centrum wystawiennictwa rolnego w czasie WGT, oprócz pola namiotowego służące jako hala koncertowa, klub muzyczny i to co tygrysice lubią najbardziej, czyli ogromna hala targowa, gdzie buszowanie po stoiskach z ciuchami, gadżetami i płytami może zająć wieki). Jak zwykle nie straszne nam były otwarte przestrzenie bez centymetra cienia i jak zwykle ulokowaliśmy się przy ścieżce naprzeciw korytka, w którym mniej dbający o zapaszek Niemcy oddawali się codziennemu rytuałowi „mycia”. A wracając do lokum, to faktycznie, otwarta przestrzeń dała się w tym roku we znaki – pogoda bowiem dopisała – ani kropelki deszczu i lampa (czyt: upał) od rana do wieczora, co niektórzy przypłacili jakże mało gotycką opalenizną. Czymże jest jednak regularna opalenizna wobec opalenizny w kratkę, którą dbające o zachowanie stylu gotki nieopatrznie zafundowały sobie nosząc w słoneczny dzień np. siatkowe rękawiczki;). Pozostając w temacie aklimatyzacji, jak łatwo się domyślić, po ogólnym ogarnięciu się po kilkunastogodzinnej podróży czterema (bo taniej:)) pociągami, w dalszej części polegała ona głównie na delektowaniu się tzw. „die Puszke”, w które „mieszkańcy” Agry tłumnie zaopatrywali się jak nie w sieci sklepów a’la Biedronka, to na Tankstelle (czyt.: stacji benzynowej). Co dziwne, w tym roku oprócz nieco niższej chyba frekwencji, dało się zauważyć jeszcze klika braków: po pierwsze, brak płyty CD zwykle dołączanej do planu koncertów i pamiątkowej książki, po okazaniu biletu. Z jakiś powodów nie zdążyli wytłoczyć… W zamian za to druczek, który po wysłaniu upoważni do otrzymania tejże płyty. Druga sprawa, posucha jakaś jeśli chodzi o imprezy w przeddzień festiwalu, no i trzecia: zero oficjalnego otwarcia.

Drugi dzień to już zupełnie inna bajka. Co prawda nie był tak przerażający jeśli chodzi o konieczność wyboru pomiędzy nakładającymi się interesującymi nas koncertami jak sobota i niedziela, ale biorąc pod uwagę, że doszedł poranny prysznic (nie to, żeby go nie było dzień wcześniej, to rzecz nieodzowna nawet kosztem 1,5 euro dziennie:)) i zaraz potem czatowanie na otwarcie sklepów na Agrze (które jakoś się opóźniło) to trzeba było się już trochę spiąć:). Polowanie na Agrze zakończyło się sukcesem, ale oczywiście, część zakupów, z racji upływającego niemiłosiernie wśród straganów czasu i faktu, że zakupy potrafią jednak zmęczyć nawet najbardziej wprawionych w bojach, trzeba było dalsze polowanie rozłożyć na pozostałe dni. Pierwszy koncertowy dzień redakcyjnej wysłanniczki zaczął się dopiero po 17-tej, gdyż za pierwszy cel obowiązkowo postawiła sobie odwiedzenie ulubionego miejsca na WGT – Heidnisches Dorf – pogańskiej wioski, której atmosfery wprost nie da się opisać. Tam trzeba po prostu być. Wioska usytuowana nieopodal campingu w pierwszy dzień jeszcze nie była tak tłumnie jak później odwiedzana, a więc pozwoliło to na swobodniejsze po niej buszowanie. Dla niezorientowanych: dwie sceny z muzyką ogólnie rzecz ujmując folkową, budy z rękodziełem i dawnym rzemiosłem, bardziej i mniej ekologiczne żarcie i najlepsze: trunki:): jak nie piwo wisienkowe to np. młode wino prosto z baniaka, a to akacjowe, a to rabarbarowe, a to nawet z mlecza! Tak, tak, moi drodzy, z tego żółtego kwiatka, z którego robią się dmuchawce:)

Koncertowo zaczęło się od wielkiego rozczarowania. Z ciekawości na pierwszy rzut poszło Ashbury Heights. Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni, co godnego zainteresowania jest w tym zespole. Jak dla mnie electro disco polo z nieudolnie i żenująco próbującą być zabawną wokalistką, na dodatek porusza się jak paralityk, nie obrażając paralityków… Generalnie plumkanie AH charakteryzował niski poziom dający wrażenie, że duet kompletnie nie ma na siebie pomysłu, przynajmniej scenicznie. Na drugie danie, po zmianie planów z Solar Fake, Das Ich. I chwała mojej intuicji, że dałam się namówić na zobaczenie tego zespołu po raz drugi, bo ich występ, tym razem na wielkiej scenie Agry, utwierdził mnie w przekonaniu, że na koncerty tego bandu zawsze warto iść. Profesjonalizm w każdym calu, dopracowany wizerunek sceniczny w każdym najdrobniejszym szczególe, do tego charyzma wokalisty nie pozwalająca oderwać od sceny wzroku i porywająca muzyka, okraszona teatralnymi gestami. To wszystko budujące jedną spójną i przemyślaną całość. Mimo, że powtarzalną, bo niczego nowego wizualnie nie wymyślili, to jednak przyjemnie się to odbiera nawet kolejny raz. Potem przerwa, nie pamiętam już na co, ale widocznie była konieczna i czas na Unheilig, na który w zeszłym roku nie dane mi było dojechać, bo tramwaj pojechał złośliwie;) w przeciwną stronę. Ten zespół jest w Niemczech chyba niekwestionowaną gwiazdą, a przynajmniej plasuje się w czołówce ulubionych przez Niemców zespołów. Jak dla mnie ten fenomen do końca nie jest zrozumiały, ale niech im będzie. Koncert dobry, wokalista zaprawiony w bojach, potrafi porwać publikę, która żywo reaguje i doskonale się bawi, ale nie pokuszę się na stwierdzenie, że to rewelacja. Cóż, widocznie mam inne gusta niż sąsiedzi. Niestety nie dane mi było przekonać się czy do końca koncertu zmienię zdanie, gdyż trzeba się było przenieść do innej części miasta na kolejny wybrany punkt programu a mianowicie koncert The Beauty of Gemina w klubie Moritzbastei.. I tu z czystym sumieniem muszę przyznać, że jednak dark wave to miód na moje uszy, a w takim wydaniu, szczególnie. Płytę tego zespołu przesłuchałam tuż przed WGT i owszem, zwróciła moją uwagę, ale dopiero koncert przekonał mnie, że to jest TO! Fantastyczny koncert, fantastyczny, dobrze rokujący na przyszłość zespół, który równie fantastycznie został przyjęty przez wypełniającą szczelnie salkę publikę. Jednym słowem magia i klimat, a do tego niesamowicie elektryzujący niski głos wokalisty, który po prostu magnetyzuje. Zdecydowanie najlepszy koncert wieczoru! A potem pozostał już tylko Paradise Lost na Agrze, bo alternatywy o tej porze (czyli po 1-ej w nocy) już nie było. Z ciekawością podeszłam do tego wydarzenia, bo PL widziałam już chyba w każdej ich odsłonie. I muszę przyznać, że… lepiej byłoby zachować w pamięci obraz z ostatniego koncertu jaki widziałam ładnych parę lat temu:) Paradise Lost zdziadziało, co z tego, że wrócili do dawnego wizerunku, skoro brak już tej energii, brak tego pazura. No i muza już nie ta, nawet stare kawałki zabrzmiały jakoś kwadratowo i nieszczerze…No cóż, wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Dzień drugi festiwalu oficjalnie zaczął się rytualnymi odwiedzinami Heidnisches Dorf, a jakże, nic nie robi tak dobrze ja winko w cieniu drzewka w doborowym towarzystwie. Aż nie chce się nigdzie ruszać... I faktycznie, tak było miło, że jeden koncert się odpuściło. A potem szybka mobilizacja i do Werk II na nie znaną mi dotąd Cauda Pavonis, zachwalaną przez kolegę, więc uznałam, że trzeba sprawdzić. Specjalnie koncert nie zapadł mi w pamięć, choć nie był zły, wokalistka, spora sympatyczna pani o charyzmatycznych predyspozycjach świetnie odnajduje się na scenie jak i poza nią z fanami, co już zasługuje na plusa, aczkolwiek nie moje klimaty. Za to kolejny zespół, choć również wczesnej mi nie znany jakoś mocniej zapadł mi w pamięć.. New Days Delay, to jednak coś bardziej, jak dla mnie, porywającego. Electro dark rockowe skoczne nuty i równie skoczni muzycy znacznie bardziej przypadły mi do gustu niż dark romantic. Najbardziej jednak wyczekiwałam Spectry Paris, na którą znowu trzeba było wrócić na Agrę (całe szczęście, że komunikacja miejska dla uczestników festiwalu jest darmowa!). Oczekiwania były duże i nie zawiodłam się. Kobitki dały bardzo dobry koncert, a przy okazji było na co popatrzeć, poza tym zawsze to lepiej się przeżywa koncert kiedy zna się twórczość zespołu i można sobie pośpiewać pod nosem;), że o pląsaniu nie wspomnę. Po Spectrze znowu jakaś najwyraźniej konieczna przerwa i gwóźdż programu: Hocico, no może jeden z gwoździ, biorąc pod uwagę późniejszy koncert Covenanta. A Hocico, jak można się było tego spodziewać, dało elektronicznego czadu. Agra pękała w szwach, publika szalała. I taka mała obserwacja: Niemcy zdecydowanie wolą mocne electro-ebm-owo-industrialne rytmy niż gotyckie mroczne nuty. Nie wiem jak w obolałych nogach (zachciało się butów na koturnie to trzeba było przecierpieć) dotrwałam do Covenanta, ale jakoś się udało. Czy było warto, hmmm…mam mieszane uczucia. Trudno mi w zasadzie jednoznacznie ocenić ten koncert, bo początkowo był strasznie nużący jak na Covenanta. Dlatego chwilowo sobie odpuściłam, choć tak naprawdę bez zamiaru powrotu. Gdy jednak po jakimś czasie dobiegły mnie (już nie pamiętam gdzie) bardziej dynamiczne dźwięki, postanowiłam sprawdzić co to też mnie omija. Czyżby gwiazda specjalna Northen Lite? Ha, otóż nie! Okazało się, że to nadal Covenant , tyle tylko, że znacznie się do tej pory rozkręcił. Niestety, niemiecki porządek nie pozwolił mi nacieszyć się końcówką koncertu. Panowie porządkowi wymyślili sobie, że dopóki nie wymienią worków na śmieci przy bramkach, to nikogo nie wpuszczą na salę. Trzeba było swoje odstać i nie pomogło nawet machanie photo-passem:(; Koniec końców nacieszyłam się tylko ostatnim kawałkiem Covenanta….A na Northen Lite już mi się iść nie chciało, nawet z ciekawości. W końcu kiedyś trzeba było porządnie się wybawić. Zatem kierunek: potańcówka na Agrze. Do białego rana, a jakże!:)

W dzień trzeci festiwalu ogarnęło mnie: nic mi się nie chce, najchętniej bym się położyła i tak leżała, ale na słońcu się długo nie da, zwłaszcza w gotyckich piórkach;), więc w końcu trzeba się było ruszyć. A skoro się zmarnowało tyle czasu to trzeba chociaż zobaczyć to, co na pewno chciało się zobaczyć. Dlatego Tactical Sect w Parkbuhne musowo zaliczyć trzeba było. I dobrze się stało, bo to był naprawdę dobry, porywający i energetyczny koncert poparty świetną interakcją zespołu z publika. Warto było kuśtykać kawałek z tramwaju do parku, żeby to przeżyć. Korzystając z okazji , że zaraz po Tactical Sect w rozkładzie był ostatni pożegnalny koncert Neuroticfish, którego twórczości osobiście nie znałam ale ktoś zachwalał, to czemu nie. Lepiej późno niż wcale:). Synth pop, owszem lubię, ale akurat Neuroticfish podszedł mi średnio, jednym słowem nic specjalnego, nie najgorsze, ale i nie najlepsze. Posłuchać można, zobaczyć można, ale na ich koncert, nawet ostatni z ostatnich drugi raz bym się nie wybrała, choć publiczność, najwyraźniej była innego zdania, bo dobrze się bawiła. A późnym wieczorem numer jeden na liście priorytetów festiwalowych: London After Midnight. Przyznam, że było niesamowitym przeżyciem zobaczyć ich na żywo i gdyby nie to, że osobiście muzycznie bardzo mi ten zespół odpowiada, to pewnie miałabym bardziej mieszane uczucia niż miałam po występie Amerykanów. Albo mieli pecha, albo za bardzo gwiazdorzyli i wszystko im przeszkadzało. Jedno z dwóch. Mi słoń na ucho nadepnął i pewnie, gdyby wokalista ciągle nie przerywał występu sprawdzaniem sprzętu i chodzeniem z uwagami do techników, tudzież ciągłym kontrolnym obracaniem się do tyłu podczas śpiewania, to bym niczego nie zauważyła. Fakt, były momenty, że wychodziło coś nierówno, ale czy to wina sprzętu, śmiem wątpić. Owszem, komputer w pewnym momencie, nawet kilka razy odmówił posłuszeństwa, padły też światła, ale gdyby zespół po prostu brnął do przodu, nie byłoby wrażenia, że niekiedy ogląda się próbę, a nie koncert. Cóż, szkoda takiego występu, szkoda zespołu, bo jakkolwiek nie byliby wymagający, to jednak pech ewidentnie im towarzyszył tego wieczoru. Mimo wszystko jednak, koncert takiej gwiazdy cieszy, jaki by nie był:). Trochę inaczej było w przypadku prawdziwej gwiazdy wieczoru, legendy właściwie, Fields of the Nephilim. Na taki zespół trzeba przyjść nawet jeśli nie jest się jego fanem, choćby dlatego, żeby przekonać się za co kocha go tylu ludzi. I rzeczywiście, wystarczy zobaczyć ich na żywo, żeby stracić wszelkie wątpliwości, że Fieldsi zasługują jeśli nie na uwielbienie to na szacunek.. Genialni, profesjonalni, jednym słowem, nie mam się do czego przyczepić. To jest tego rodzaju zespół, który jeśli cos robi, to robi to dobrze i fachowo, a ten koncert był tego doskonałym przykładem. Ci, którzy widzieli koncert w Polsce zwrócili uwagę oczywiście na nagłośnienie, nieporównywalnie lepsze w Agrze, co niestety nie dziwi, nam pod każdym względem jeszcze daleko. Było magicznie i mroczniej niż na choćby 10-ciu razem wziętych koncertach gotyckich bandów. FOTN to po prostu klasa! Nic dziwnego, że były bisy.

Dzień czwarty zaczął się ambitnie: idziemy zwiedzać. Nie tak, żeby od razu całe miasto, ale w końcu kiedyś trzeba zobaczyć imponujący swoją wielkością Pomnik Narodów. Potem relaks ze złotym napojem pod parasolkami w Moritzbastei (no nie można ciągle pod namiotem, trochę kultury trzeba zachować;)), jakieś gorączkowe ostatnie zakupy, bo to przecież wyprzedaże i obniżki:) i wreszcie ostatnie koncerty. Na pierwsze danie , a właściwie jak się okazało, zaledwie przystawkę, Trobar de Morte – ambient dark folk, czy coś w ten deseń, który zdecydowanie lepiej wypada na płycie. Na żywo, hmmm…może być, ale nie powala. Z resztą tego typu koncerty w biały dzień na Agrze (co jest tradycja, że w ostatni dzień panuje tu folkowy klimat) chyba nie należą do rewelacji. Później wyprawa Kohlabizirkus, powszechnie zwanego „cyckami” (architektonicznie niczego innego nie przypomina;)) na Absolute Body Control. Lekkie spóźnienie, ale koncert całkiem niezły. Ambitna elektronika w profesjonalnym wydaniu. Bez zbędnych dodatków i ozdobników. Czysta forma, bez jej przerostu nad treścią. A na zakończenie festiwalu genialny koncert kontrowersyjnego Psychic TV z równie kontrowersyjnym/ną Orridge na froncie. Cóż powiedzieć więcej o tym show poza tym, że było genialne! Nie dość, że w idealnej oprawie Kuppelhalle (scena na wyciągnięcie ręki, wokół podwyższenia i filarki podtrzymujące konstrukcję tego bardzo tego wieczoru klimatycznego amfiteatru) to w idealnej atmosferze: niektórzy fani Psychic TV są jeszcze bardziej „psychiczni’ niż sami muzycy;). Orridge i towarzyszący mu/jej muzycy dał/a fantastyczny popis tego jak powinien wyglądać koncert z prawdziwego zdarzenia. Pomijam interakcje z publiką, dość nietypową, jeśli weźmiemy pod uwagę np. rzucanie się w stronę „wybrańców” by naszczekać im do ucha, czy wizualizacje ukazujące przeobrażenia Oriidge’a pod chirurgicznym skalpelem, bo to tylko jego niektóre elementy. Nieskrępowanie gestów, a przede wszystkim spontanicznych dźwięków z siebie wydawanych to się nazywa artyzm w prawdziwym wydaniu. Do tego doskonała zabawa muzyków i radość jaka malowała się na ich twarzach podczas niezliczonych wzajemnych interakcji instrumentalnych, zabaw dźwiękiem i samymi instrumentami. Była też i mała demolka, a jakże!:) Żeby tego było mało: poczucie humoru Orridge’a, który/a na koniec postanowił/a zrobić dowcip i wrócił/a z zespołem na scenę już po tym jak jeden z organizatorów oficjalnie podziękował za przybycie na festiwal i życzył milej zabawy na after party.

I tak dobiegł końca kolejny wspaniały czas w roku, do którego już po zakończeniu zaczyna się odliczać dni do kolejnego. Nie ma co ukrywać, jak się raz pojedzie na Wave Gotik Treffen, to nie ma żadnej siły, która powstrzymałaby przed powrotem. To jest jak narkotyk i wszystkim życzę takiego uzależnienia. Wspomnień starcza na cały rok. I nawet jeśli nie zobaczy się wiele koncertów, bo przecież trzeba coś wybrać, z czegoś zrezygnować, a czasem po prostu odsapnąć choćby pod drzewkiem w pogańskiej wiosce, czy na zielonej trawce przy deptaku pod Agrą obserwując przechadzających się i lansujących gotów, to warto uderzyć do Leizig na te parę dni. Atmosfera zawsze gwarantowana. I tak też było i tego roku. Sielanka i luz, doznania muzyczno-wizualno–smakowe, a do tego po prostu dobra zabawa.

Komentarzy: 0 19.05.08 - 01:14

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture