Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Cytat, który najbardziej do Was trafił...
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9417
Rozpoczętych wątków : 6060
Odpowiedzi : 23938
Wspieramy

Ergo :: Castle Party 2008 - Bolków

I znów nadszedł ten dzień, kiedy małe miasteczko na południu Polski przeobraża się w świątynię nurtu dark independent. Ponownie wyruszyłem do Bolkowa aby, wraz z innymi pasjonatami muzyki, uczestniczyć w niezwykłym festiwalu muzycznym Castle Party.

Po trudach podróży udałem się na pierwszy zamkowy koncert – The Moon And The Nightspirit. Niestety zbyt późno dotarłem do kas biletowych, by zdążyć wykupić wstęp na kościelny występ Persephone (zdania co do tego czy koncert był udany były bardzo podzielone). Wracając jednak do węgierskiego kwartetu, to muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się tak dobrego przyjęcia grupy przez widownię festiwalu. Etniczne brzmienia okazały się bardzo dobrym sposobem, aby rozgrzać i rozruszać ludzi, po których widać było, iż nie do końca wiedzieli czego się spodziewać po występie grupy. Kiedy jednak pierwsze lody zostały przełamane, okazało się ze grupa ma dobry kontakt z widownią i cieszy się występem tak samo jak słuchacze.

Kolejnego piątkowego koncertu wyczekiwałem z niecierpliwością, gdyż nigdy dotąd nie miałem okazji być na występie Sieben'a, a wiedziałem czego mogę się spodziewać. Moje wyobrażenia w pełni się potwierdziły. Matt Howden i jego skrzypce to mieszanka, która skutkuje niesamowitym występem na żywo. Sposób w jaki Howden gra – zapętlając dźwięk, wystukując rytm na swoich skrzypcach, śpiewając, hipnotyzując widownię jest doprawdy magiczny. Muszę powiedzieć, że dla mnie był to jeden z jaśniejszych punktów tego festiwalu, do tego najlepszy „piątek”, na jakim zdarzyło mi się być. Mam nadzieję, że da to organizatorom do myślenia i że ponownie zaczną zapraszać w większej ilości artystów z tej półki dźwiękowej.

Nadszedł czas na DIVA'ine EYE. Na festiwalu ma zwykle miejsce jeden performance alternatywny, a w tym roku było to polsko-greckie fetish przedstawienie. Niestety, z przykrością stwierdziłem, że to najsłabszy występ tegorocznego festiwalu. Na próżno próbowałem doszukać się głębszych treści, jakie przekazuje np. SUKA OFF. Wymazanie się krwią i wbicie kilku igieł , tudzież zupełnie pozbawiony sensu występ ze szlifierką, to trochę za mało żeby zrobić na mnie wrażenie. „Porażający” występ wywołał u mnie mini-wylew ;-) Zniesmaczony udałem się na spoczynek. Zakończył się dzień pierwszy.

Drugiego dnia opuściłem pierwszy zespół - Thy Disease, który to zapraszam na Metalmanię. Niekoniecznie mam ochotę podziwiać ich na Castle Party.

Nie zabrakło mnie już na Colony 5. Jednakże nie wiem co się stało: czy faktycznie przez okropny upał zawiódł sprzęt, jak oznajmił wokalista na koniec koncertu, czy może nawalił dźwiękowiec, koniec końców, uważam że koncert się nie odbył. Nie można nazwać koncertem Colony 5 czegoś, co w zasadzie było połączeniem bitu i wokalu. Czułem się jakby mi ktoś przyciął słyszalne pasmo i docierała do mnie tylko połowa dźwięku. No cóż, pozostaje zapomnieć i słuchać w domu. Lubię Colony 5, więc pozostał niedosyt i rozczarowanie.

Po tym niezbyt przyjemnym doświadczeniu przyszła kolej na polskie 1984. Chociaż w domowym zaciszu nie zdarza mi się zbyt często słuchać falowego grania i nie jest to moja muzyczna działka, to jednak koncert bardzo mi się spodobał. Zespół zagrał dobrze i mimo żaru lejącego się z nieba publiczność, nawet ta w lateksach, dzielnie wytrzymała do samego końca.

Kolejna grupa jaka pojawiła się, aby bawić publiczność to kalifornijskie Cinema Strange. Teatralny występ deathrockowego kwartetu, z Fidelem Castro na gitarze i wokalistą biegającym w szpilkach, przyciągnął praktycznie każdego kto był na zamku. Przedstawienie było genialne, mnóstwo dobrej zabawy, Lucas "Zampano" Lanthier pokazał na co stać jego struny głosowe. Zespół jeszcze mocniej rozpalił rozgrzaną już upałem widownię.

32Crash, czyli Jean-Luc De Meyer i spółka - fanom prawdziwego belgijskiego EBM-owego grania chyba nie trzeba mówić nic więcej. Dla mnie bomba. Bardzo mi brakowało na poprzednich festiwalach takiego „prawdziwego” elektronicznego grania. Byłem wniebowzięty, chciałem więcej i więcej takich kawałków jak np.„Plutonium Breeders”, a panowie z 32Crash nie zawiedli moich oczekiwań i dali świetny koncert.

Następnym zespołem, z gatunku znanych i lubianych, który wystąpił na scenie było XIII. Stoleti. Niestety nie miałem okazji widzieć wcześniejszych koncertów tej grupy w Polsce, tak więc byłem ciekaw formy czeskich weteranów sceny gotyckiej. Grupa dała równy, porządny koncert, chociaż bez jakichś ogromnych rewelacji. Uraczono nas oczywiście hitami takimi jak „Elisabeth”, jednak ja jakoś nie czułem charyzmy zespołu. Koncert poprawny.

Gdy trzynastki zeszły ze sceny, nadszedł czas na występ Garden Of Delight. Koncert o tyle ważny, gdyż jeden z wieńczących działalność grupy. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż to faktycznie koniec wspólnego grania i wątpliwe wydaje mi się, aby kiedyś nastąpiła reaktywacja.
Doprawdy nie spodziewałem się tak nacechowanego energią występu. Artaud Seth na scenie pokazał wszystkim, że GOD nie pozwoli pozostawić po sobie złych wspomnień. Koncert był emocjonujący, muzycy mieli dobry kontakt z widownią i udowodnili że warto było czekać na ich występ. Energetyczna muzyka w najlepszym wydaniu wprost wylewała się ze sceny. Ja bawiłem się świetnie przy takich utworach, jak np. „Astral Traveler”. Ten koncert był jednym z jaśniejszych punktów festiwalu.

Po bardzo udanym występie Garden Of Delight przyszła kolej na kolejną niemiecką formację – In Strict Confidence. Był to ich pierwszy występ w Polsce, a samo ISC, chociaż lubiane przeze mnie, wydaje się średnio popularne w naszym kraju. Dennis Ostermann wraz z Antje Schulz dali dobry i równy koncert gdzie usłyszeliśmy takie hity jak „Engelsstaub” czy „Seven Lives”. Było dobrze, było poprawnie , było widowiskowo (fire show na scenie), ale niestety zabrakło jakiejś odrobiny magii, abym mógł powiedzieć, że koncert był świetny. Może zabrakło kontaktu z publiką.

Po występie ISC przyszedł czas na występ Anne Clark i Implant. Niestety muszę przyznać - koncert trochę mnie rozczarował. Głównie dlatego, że za dużo było Implant a za mało Clark. Poza tym odniosłem wrażenie, że pani Anne była kompletnie „wyłączona” i nie miała kontaktu z publicznością. Dodatkowo, z powodu wszystkich opóźnień, występ został skrócony, na szczęście zdążyliśmy usłyszeć „Sleeper In Metropolis” czy „Our Darkness”, chociaż niestety nie była to ta sama magia, co wersji z saksofonem. Ogólnie występ się udał, jednak nie było tak dobrze, jak miałem nadzieję że będzie. Bardzo miłym akcentem na zakończenie koncertu było wręczenie Anne Clark bukietu kwiatów z okazji imienin.

Ostatnim zespołem sobotniej nocy było Die Krupps - grupa legenda, prekursorzy grania łączącego industrialne i metalowe brzmienia. Po wejściu na scenę Jungler Engler oznajmił iż postarają się zaprezentować dorobek zespołu na przestrzeni lat.
Przez pierwsze utwory oczywiście standardem były problemy z dźwiękiem (czy ktoś mi może rozsądnie wytłumaczyć czemu nie ma takich problemów na innych koncertach/festiwalach w Polsce?), jednak potem już było lepiej i mogliśmy podziwiać występ Kruppsów w pełnej krasie, skacząc do elektryczno-ebm-owych dzwięków „Fatherland”, „To The Hilt” , „Germaniac”, „5 Milionen” , „Metal Machine Music” czy „Hgh Tech Low Life”. Niestety, nie dane mi było obejrzeć koncertu do końca. Jednakże nawet z daleka było słychać, że panowie odwalili kawał dobrej roboty na scenie. Tak minął i drugi dzień festiwalu.

Niedziela rozpoczęła się od występu litewskiego zespołu XESS. Niestety, z powodu wczesnej pory koncertu, byłem jednym z niewielu słuchaczy; a szkoda bo chłopaki, bądź co bądź młody zespół, bardzo się starali zrobić dobre wrażenie. Jeśli ktoś lubi muzykę bliską takim klimatom jak Deathstars, ten koncert był dla niego, mnie się podobało.

Następnie na scenę wkroczyli Red Emprez, grający muzykę elektroniczną oraz zdobywający coraz większą popularność w Polsce duet z Białegostoku. Koncert, chociaż krótki i do tego z ciągłymi problemami technicznymi, mimo wszystko był udany. Panowie zaserwowali nam swoje najlepsze kawałki z płyty „Clubgirls and poofs”, szkoda tylko, że problemy z podkładem uniemożliwiły zaprezentowania całości zaplanowanego występu.

Po dłuższym wyczekiwaniu rozpoczął się koncert Made In Poland. Panowie zaprezentowali nam zarówno stare jak i nowe utwory. Być może będę kontrowersyjny w mojej ocenie, jednak powiem, że zdecydowanie lepiej bawiłem się na koncercie 1984. Jednakże z tego co widziałem i słyszałem raczej jestem odosobniony w mojej ocenie i wielu osobom występ się podobał.

Kolejnym gościem festiwalu był grecki Reaper. Dark Electro to jeden z bardziej popularnych gatunków wśród publiki festiwalu. Do tego jak się okazało Vasi Vallis jest obdarzony naprawdę dużą charyzmą i rewelacyjnie potrafi chwytać kontakt z publiką. Występ przeplatany zabawną konferansjerką był niesamowicie naładowany energią. Wszyscy doskonale bawili się przy takich kawałkach jak” She's a Devil...” czy „Twisted Tropthy Hunter”. Reaper udowodnili, że nawet jeśli nie tworzy się ambitnej muzyki albo nie ma się statusu wielkiej gwiazdy, można rewelacyjnie rozruszać publiczność, jeśli potrafi się nadrobić charyzmą. Było naprawdę bardzo, ale to bardzo dobrze.

Po występie Reapera nadszedł czas na niemieckie SITD. I tu nastąpiło moje wielkie rozczarowanie. Mimo, że nie jestem jakimś ogromnym fanem ich twórczości, to i tak spodziewałem się dużo więcej. Tak naprawdę jedyne co mogę napisać o ich koncercie to to, że się odbył. Było słabo i bardzo nijako, szczególnie w porównaniu z Reaper'em. Gdyby zespół był większej rangi, pokusiłbym się o stwierdzenie, że była to co najmniej taka klapa, jak występ De/Vision z 2006 roku. Poszedłem sobie pobudzić trawienie czymś na zamku.

Gdy zakończył się słabiutki występ SITD, na scenę po raz siódmy w historii festiwalu wkroczyli muzycy Closterkeller, weterani „mrocznego” polskiego grania. W tym roku zespół świętował 20-lecie swojego istnienia i z tego tytułu postanowili zaprezentować nam przekrój swojej twórczości na przestrzeni dwóch dekad. Mimo że byłem sceptycznie nastawiony do tego występu, to szczerze przyznaję – widać było, że grupa bardzo się postarała uczynić ten koncert jednym z lepszych na tegorocznym festiwalu i z zadania tego wywiązali się w 100%. Anna Najman vel Anja Orthodox pokazała raz jeszcze, że umie śpiewać (i Reghina to jakiś koszmarny wypadek przy pracy chyba), a muzycy nadal bawią swoją publikę utworami, których słucha się tak samo jak kiedyś. Grupa dała długi występ i widać było po publiczności, że nie ma osób, które były by rozczarowane występem Closterkellera. Był to jeden z najlepszych koncetów tej grupy, na których zdarzyło mi się być.

Największą niewiadomą tegorocznej edycji Castle Party był zdecydowanie występ Pati Yang & FlyKKiller. Pati Yang to artystka znana i ze sporym dorobkiem muzycznym, chociaż niekoniecznie bliskim publiczności, do jakiej skierowany jest Bolkowski festiwal. Co rok występuje jeden taki zespół. Niestety, muzykom nie udało się powtórzyć wspaniałego sukcesu Renaty Przemyk. Czułem się jakbym trafił na Open'er Fest czy inną Coke imprezę. Nie mogę zarzucić artystom tego, że nie włożyli w występ serca i nie starali się, jednak mnie osobiście nie porwali swoją muzyką.

W końcu nadszedł czas na występ The Cruxshadows, grupy która ma zarówno rzeszę wielbicieli jak i zdeklarowanych przeciwników swojej twórczości. W tym roku żadne pioruny i strugi deszczu nie zmyły zespołu ze sceny jak w 2005. Grupa miała szczęście zagrać do końca. Od strony „artystycznej” zostaliśmy uraczeni stałym repertuarem muzycznym zespołu oraz nowszymi, równie melodyjnymi utworami z płyty „Dreamcypher”, takimi jak „Windbringer” czy „Souls”, natomiast w kwestii występów cyrkowych, znakiem firmowym Rogue'a, czyli wspinaniem się na stelaż sceny oraz wchodzeniem na barierki odgradzające publikę od sceny. Koncerty Cruxshadows zawsze są żywiołowe i dynamiczne. Mi trochę kojarzą się z cyrkiem. Czy dobrze to, czy nie... nie mnie to oceniać.Ważne, że dobrze bawili publiczność festiwalu, a bądź co bądź o to chyba chodzi, aby się dobrze bawić. Amerykanie zawsze starali się robić show i są w tym naprawdę dobrzy.

Ukoronowaniem tegorocznej edycji Castle Party był występ Deine Lakaien. Od razu dało się poznać dlaczego zespół był największą gwiazdą festiwalu – artyści momentalnie nawiązali kontakt z publicznością, która dała się ponieść magicznej melancholijnej muzyce, współgrającej z mocnym wibrującym głosem Velijanowa. Artyści przyzwyczaili nas do skrajnie odmiennych aranżacji swoich utworów i że w ich przypadku należy spodziewać się niespodziewanego. Na tym koncercie połączyli fortepian, smyczki i gitarę akustyczną z elektroniką. Koncert był długi i zagrany z pełnym profesjonalizmem. Wysłuchaliśmy takich utworów jak „Vivre” , „Generators”, „Over and Done” czy „Dark Star”.

Ostatecznie po dwóch bisach zespół się z nami pożegnał, i w momencie kiedy nie doczekaliśmy się ze strony organizatorów ani słowa pożegnania, rozeszliśmy się na kwatery. Tak zakończyło się Castle Party 2008.

Komentarzy: 0 31.08.08 - 21:09

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture