Wydarzenia patronowane
Strony które hostujemy
Atum
Bunkier Prod
Castle Party
Detox
Discordless
Disorder Party
DJ Hypnos
Fabryka
Hoarfrost
Insomnia Festiwal
Lame Immortelle
Lilith
Night Watch
Outofsight
Scheuermann
Silesian Electro
Synergia
Strzyga
Waroffice Prod. sklep
Ostatnio na forum
Cytat, który najbardziej do Was trafił...
Ambient Collage #8
Ambient Collage #7
Mgla (The Mist)
Achaja
Grey Frequency - Ambient Collage #6
Kochanka Szamoty
Elizabeth Fawn - Ethereal
Abandoned Toys - Neoclassical Darkwave
The Synthetic Dream Foundation
Rasplyn
IPLEX
malutki problem
question about parties, clubs and gigs
sztuka aktu po polsku
Statystyki
Zarejestrowanych osob : 9403
Rozpoczętych wątków : 6047
Odpowiedzi : 23925
Wspieramy

Ergo :: Wave Gotik Treffen 2011

W dniach 9-13 czerwca, już po raz dwudziesty, tysiące osób zjechało do Lipska żeby wziąć udział w Wave Gotik Treffen - przedsięwzięciu niespotykanych rozmiarów, jeśli chodzi o "mroczną scenę". Tegoroczna edycja trwała wyjątkowo aż 5 dni i zgromadziła ponad 20 000 gości i 278 wykonawców z całego świata (choć organizatorzy postarali się "nadąć" tę liczbę, uwzględniając z osobna każdego prawie muzyka imprez towarzyszących). Wielu uczestników zapamiętało zapewne też z tego roku niezwykle wiele opóźnień, rzecz niesłychaną w kraju, gdzie "porządek musi być".

WGT jest festiwalem nietypowym nie tylko ze względu na swoje rozmiary, ale także na fakt, że sale w których odbywają się koncerty rozsiane są po całym mieście. W związku z tym sporą część czasu spędza się tam w tramwaju między jednym koncertem a drugim, o ile oczywiście mamy szczęście i koncerty które chcemy zobaczyć nie odbywają się jednocześnie. Samo korzystanie z komunikacji miejskiej może wcale jednak nie być takie uciążliwe, jako że dla gości festiwalowych jest ona bezpłatna, a do ich dyspozycji oddane są na czas WGT dwie specjalne linie tramwajowe. Nic w tym z resztą dziwnego, jako że od 12 lat festiwal jest współfinansowany przez miasto Lipsk i stanowi część jego programu kulturalnego. Sami mieszkańcy dawno się już to tego przyzwyczaili.

Ale jak sama nazwa wskazuje (Treffen oznacza bowiem spotkanie), WGT to nie tylko koncerty, ale także mnóstwo imprez towarzyszących w klubach, koncerty muzyki klasycznej, opera, kabaret, przedstawienia teatralne, wystawy, odczyty autorów, czy nawet gotycka msza w kościele. Moją uwagę w tegorocznym programie zwrócił przede wszystkim udział stowarzyszenia pomocowego Nächstenliebe (charytatywność), które gościom festiwalowym oferowało udział w kółku robienia na drutach. Nie wątpię, że stanowiło to niezwykłą atrakcję, centralny punkt festiwalu pozostaje jednak zupełnie gdzie indziej, przy północnej granicy miasta, na tzw. Agrze. Jest to pokaźnych rozmiarów i niespotkanej brzydoty stary teren targów, jeden z wielu w tym mieście, jako że Lipsk od setek lat jest miastem targowym, które obecnie bardzo opustoszało i w którym poza dorocznymi targami książki, samochodowymi, festiwalem Bachowskim (który, o dziwo, w tym roku zachodził datą na WGT) i najazdem ludzi w czerni nic się nie dzieje. Na Agrze, w wielkiej hali, znajduje się główna scena, tuż obok pokaźnych rozmiarów parkiet, na którym odbywają się wieczorne after-party, trzecia hala zmienia się tymczasem na czas festiwalu w ogromne gotyckie centrum handlowe, w którym swoje stoiska instalują sklepy z ubraniami, akcesoriami, płytami itd. z całych Niemiec i okolicy. Tuż obok znajduje się również wielkie pole namiotowe, na którym schronienie znajduje chyba większość gości festiwalowych. Tutaj też znajduje się coś, co dla sporej grupy odwiedzających stanowi niemałą atrakcję, a mianowicie długi na ponad 100 metrów chodnik dzielący wejście na teren Agry od hali, w której odbywają się koncerty. Na tym tzw. Catwalku można pokazać się w swojej najnowszej kreacji, tu też gromadzą się fotografowie w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego celu, w który by wycelować obiektyw.

Czwartek

Organizatorzy postanowili uczcić dwudziestą rocznicę festiwalu zapraszając zespoły, które wzięły udział w jego pierwszej edycji. Przedsięwzięcie udało się i 6 spośród 8 zespołów, które zagrały w 1992 roku w klubie Eiskeller, wystąpiło we czwartek, tym razem na Agrze. Był to swoisty powrót do dawnej formy festiwalu, kiedy to koncerty odbywały się na jednej scanie i czy się dany zespół lubiło czy nie, nie było żadnego wyboru. Niestety, przyznam szczerze, żadna z grających tego wieczoru grup nie mieści się nawet w bardzo szerokim zakresie moich upodobań muzycznych, postaram się tutaj zatem ograniczyć jedynie do obiektywnych faktów.

Festiwal otworzyła wszystkim pewnie znana grupa Das Ich. I już tu, niestety, zaczęły się problemy. Stefan Ackerman, jeden z dwóch założycieli i wokalistów zespołu wylądował bowiem ciężko chory w szpitalu. Zespół postanowił jednak nie odwoływać koncertu i ze sporym opóźnieniem wyświetlono krótką, przygotowaną na życzenie Ackermana, wprowadzającą projekcję przedstawiającą historię zespołu i WGT. Na scenie pojawił się Bruno Kramm, którego wspomagali goście specjalni: Vic Anselmo I Myk Jung grupy The Fair Sex. “Gottes tod" wraz z Krammem zaśpiewał również Oswald Henke z Goethes Erben. Koncert niestety musiał zostać mocno skrócony, ale mimo wszystko muzykom udało się wywołać entuzjastyczną reakcję publiczności.

Następnie na scenie pojawiła się grupa Sweet William, a przed sceną zrobiło się dziwnie pusto. Zespół gra dość klasycznego rocka gotyckiego i przez to nie trafił za bardzo w moje gusta. Wokalista spisał się całkiem dobrze, nic złego nie mogę powiedzieć, dobrego niestety również nic.

Kolejnym artystą tego wieczoru był Oswald Henke, człowiek który w Niemieckiej scenie gotyckiej urósł już dawno do miana legendy. Kompozytor, pisarz, dziennikarz, a przede wszystkim wokalista, niegdyś lider grupy Goethes Erben, której to utwory tego wieczoru wykonywał. Scenę udekorowano setkami świec, a z tyłu znalazł się magiczny kufer, z którego Henke wyciągał rekwizyty do kolejnych utworów. Sam wielkim fanem Gothes Erben nigdy nie byłem, ale przyznam, że wykonaniem "Märchenprinzen" przekonali mnie na moment do siebie. Publiczność również wydawała się być pod sporym wrażeniem.

Czwartym zespołem był Age of Heaven. Ten pochodzący z Lipska zespół gra bardzo klasycznego rocka gotyckiego, coś z pogranicza The Sisters of Mercy i Fields of the Nephilim. Stylistyka sceniczna również od stereotypu nie odbiegała. Grupa, poza sporadycznymi występami, nie pojawiała się na scenie od 2007 roku. I tu znowu źle nie było, ale rewelacja też żadna.

Kolejnym zespołem był The Eternal Afflict. Trudno jest mi tutaj zająć jakąkolwiek pozycję. Mimo że kilka utworów zespołu jest mi znane, koncert pozostał mi raczej obojętny.

Na koniec wystąpiła grupa Love Like Blood z pierwszym koncertem od roku 1999. Muzycy zaprezentowali coś, co mogłoby zostać całkiem dobrze przyjęte na festiwalu rockowym, może nawet metalowym, ale z rockiem gotyckim miało to jednak niewiele wspólnego. Bardzo dobrze się złożyło, że był to ostatnie koncert wieczoru, można było spokojnie wyjść i zachować siły na kolejne dni.

Piątek

Właściwy festiwal w swojej standardowej formie rozpoczął się dopiero w piątek. Na początek udałem się do Alte Messe, ogromnego terenu targów, wybudowanego w 1913 roku na potrzeby międzynarodowej wystawy budowlanej. Od 1991 teren jest opuszczony i tylko niektóre hale wciąż są używane jako boiska, lodowiska czy magazyny. Samo miejsce sprawia niesamowite wrażenie, a do ciekawszych budowli należy rosyjski pawilon z wielką złota iglicą, czy też zaprojektowany przez Wilhelma Kreisa przedziwny Volkspalast, w tym roku przemianowany na Pantheon.

Tu właśnie, na jednej z dwóch scen, zagrała grupa Mercydesign. Tę elektroniczno-ambientową grupę z Frankfurtu miałem już wcześniej okazję zobaczyć na Berlińskim festiwalu Schlagstrom, jednak koncert na WGT przypadł mi nawet jeszcze bardziej do gustu. Gdyby tylko nie problemy techniczne z podłączeniem niemałej ilości sprzętu i instrumentów, którą zespół dysponuje i spowodowane tym opóźnienie... Na scenie pojawili się bowiem również akordeonistka, wiolonczelistka, saksofonista i, gościnnie, Matt Howden (Sieben) na skrzypcach i wokalu. Niestety, na WGT nie ma zmiłuj, jeżeli przekroczony zostanie czas przeznaczony na podłączenie sprzętu, grać trzeba i tak, jak również skończyć w wyznaczonym czasie, następni bowiem czekają.

Kolejnym punktem piątkowego programu była lipska opera i koncert Diamandy Galas, na który wielu czekało już od zeszłego roku, kiedy to artystka zmuszona była odwołać swój występ z powodu choroby. Diamanda Galas nie jest ściśle kojarzona ze sceną gotycką, ale jej światowa sława i niespotykana skala głosu wystarczyły, by wypełnić operę po brzegi. Przyznać trzeba jednak, że sądząc po ilości wychodzących po 1-2 utworach, wiele osób pojawiło się tam tylko po to, żeby artystkę zobaczyć i wyjść. Ale i tak zadali sobie niemało trudu, jako że koncert, z przyczyn technicznych, za które Gelas osobiście przeprosiła, dziękując technikom, opóźniony był o godzinę. Szkoda tylko, że personel opery, rozdający bilety na wejściu, nie raczył nikogo o tym poinformować. Poczekać się opłaciło, charyzmatyczne osobowość i niebywały głos artystki z nawiązką wynagrodziły wszystkie niedogodności. Galas starała się mówić po niemiecku, śpiewała też po grecku, angielsku czy francusku. Moją uwagę przykuły przede wszystkim świetne wykonania piosenki “Amsterdam" Jacquesa Brela oraz “Gloomy Sunday". Bez bisów się nie obyło, a kiedy publiczność nagrodziła artystkę owacją na stojąco, ona stwierdziła, że to publiczności należą się brawa, jako że to chyba pierwszy raz od wielu lat kiedy sala opery ujrzała publiczność stosownie ubraną do okazji.

Na uwagę zasługuje również dość ciekawy koncert grupy File Not Found, odbywający się w piwnicy renesansowego bastionu Moritzbastei. Na scenie pojawiło się dwóch głównych członków zespołu oraz sporo nieco mniejszych, ale również istotnych muzyków w postaci gadających robotów, grających zabawek, ośmiobitowych komputerów, znalezionych w większości na pchlim targu. Trzeba też dodać, że oświetlenie sceny było bardzo dynamiczne i świetnie pasowało do muzyki. Całość stworzyła bardzo ciekawą, lekką, energetyzującą mieszankę na zakończenie dnia.

Sobota

Sobotni program z całą pewnością ucieszył i zarazem zapewne też zdenerwował większość miłośników neofolku, folku, czy też muzyki neoklasycznej, którzy nie stronią od electro. Tego dnia bowiem, jednocześnie niestety, grały takie zespoly jak Faderhead, Feindflug, Front 242, Egida Aurea, Moon Far Away, Spiritual Front, Rome, Hybrids czy Militia, a nawet Cinema Strange. Prawdą jest bezsporną, że przy takiej ilości zespołów i sal koncertowych, trudno jest tak wszystko skoordynować, żeby wszystkim dogodzić, przypuszczam jednak, że sobotni plan dało się troszkę bardziej bezkolizyjnie ułożyć.

Żeby wybór był jeszcze trudniejszy, w lipskim teatrze (Centraltheater, do zeszłego roku Schauspielhaus) grał nowy projekt, znanej z zespołu Camerata Mediolananse Danieli Bedeski - RosaRubea. Niedawno ukazała się pierwsza płyta zespołu “The Fire and the Rose". Ale myli się ten, który myśli, że na scenie wystąpili mało doświadczeni debiutanci, Bedeski śpiewa bowiem już od ponad 18 lat. Tak jak można było się spodziewać, występowi ze strony wokalnej wiele zarzucić się nie dało, a i utwory nowego projektu dały wokalistce możliwość pokazania się w nieco innym świetle.

Kolejną grupą, której wielu wyczekiwało od zeszłego roku, była rosyjska formacja Moon Far Away, jako że ich zeszłoroczny występ został odwołany z powodu problemów z uzyskaniem wizy. Pochodzący z Archangielska muzycy gościli już kilka razy w Polsce, tym razem w Lipsku zaprezentowali materiał pochodzący głównie z albumu "Belovodie", czyli lekko elektroniczne adaptacje północnorosyjskiego folku, jak i z nowej płyty "Minnesang". Nie zabrakło też utworu “Mama Rus", pochodzącego z singla “Novy Hymn Rossii". Całkiem przyzwoite jakościowo nagranie tych dwóch ostatnich utworów znajduje się z resztą na stronie Myspace zespołu. Całości dopełniły typowe dla zespoły drewniane maski i płócienne szaty. Zespół dał bardzo dobry, ale nieco krótki koncert, po którym podziękował publiczności w kilku językach, w tym po polsku.

Z powrotem w teatrze, przyszło mi dość długo czekać, aż na scenie ponownie pojawi się Daniela Bedeski z jak dla mnie największą atrakcją całego festiwalu, zespołem Camerata Sforzesca. Jest to projekt muzyków zespołu Camerata Mediolanense, wykonujący jednak z założenia muzykę renesansu i baroku. Projekt ten powstał w 2001 roku, a jego muzycy do tej pory zagrali tylko 6 koncertów, a jedyną płytą jest limitowany do 107 kopii, autoryzowany bootleg z WGT… sprzed 10 lat. Można się zatem łatwo domyślić jak miło zaskoczeni byli ci, którzy słyszeli tamten wyśmienity koncert, gdy ujrzeli Camerata Sforzesca w wśród wykonawców festiwalu. Podobnie jak w 2002 roku, w programie koncertu znalazły się kompozycje Frescobaldiego, Cacciniego czy też utwory Camerata Mediolanense. Nowością było pojawienie się na scenie aż czterech klawesynów, na których muzycy wykonywali kompozycje Vivaldiego. Może i Camerata Sforzesca nie składa się wyłącznie z najwyższej klasy wykonawców muzyki klasycznej, ale może właśnie to skupienie się nie tyle na technice, co na samej radości płynącej z muzyki daje im ten niepowtarzalny charakter.

Niedziela

Niedziela zaczęła się dla mnie od koncertów na ulokowanej w parku scenie Parkbühne. Program tego dnia otwierała norweska grupa Substaat. Miałem nadzieję na całkiem porządne electro i electro to rzeczywiście było, ale z tym drugim już trochę gorzej. Dodam tylko, że pod sceną znalazła się tylko dość nieliczna grupa nieśmiało podrygujących panów, którzy na pewno całkiem przypadkowo posługiwali się bliżej nieokreślonym językiem skandynawskim.

Znacznie ciekawiej zaprezentowała się portugalska grupa ESC. Tym koncertem, muszę przyznać, byłem pozytywnie zaskoczony, jako że członkowie zespołu wyraźnie wiedzieli jak poruszyć publiczność. Na zakończenie koncertu, całkiem spory entuzjazm wzbudził cover zespołu Kraftwerk - "The Robots".

Ale WGT to nie tylko okazja, żeby zobaczyć ulubione zespoły na żywo, można też dokonać całkiem sporo nowych odkryć. Odkryciem tego roku była dla mnie szwedzka grupa Waves Under Water. Ale tu jednak czekała mnie niemiła niespodzianka. Na scenie pojawiła się urodziwa wokalistka, niestety dźwiękom jej głosu nie dane było dotrzeć do uszu publiczności, jako że ktoś najwyraźniej nie raczył podłączyć mikrofonu. Wokalistka, zapewne zdając sobie sprawę z problemów z nagłośnieniem i beznadziejności sytuacji, przybrała zrezygnowaną minę i dzielnie śpiewała dalej. Okazało się to być całkiem dobrą metodą, jako że po kilku prawie całkowicie instrumentalnych utworach dało się gdzieś w tle usłyszeć jej głos, to znaczy tylko na moment zanim nie pojawiła się gitara. Kiedy się już pojawiła, nie było słychać już zupełnie nic innego. Muzycy zespołu mają wyraźnie podobne usposobienie, jako że gitarzysta zdawszy sobie sprawę, że z głośników wydobywa się przeraźliwie głośny dźwięk modulowany w sposób niezgodny z pierwotnym założeniem (tak pasujący do łagodnego electro jak pięść do nosa), postanowił problemowi zaradzić… grając dalej. Kilka trzasków i ustawień i było jeszcze gorzej. Po paru minutach piłowania gitary pojawił się wreszcie jakiś pan z obsługi, podpiął jakiś kabelek i było już trochę lepiej. Wokalistka nawet wyraziła nadzieję, że tym razem może wreszcie będzie dobrze, ale na próżno, ponieważ wkrótce potem na scenie pojawił się kolejny pan z obsługi by… poprosić zespół o opuszczenie sceny jako że ich czas dobiegł końca. Na skwitowanie wokalistka stwierdziła, że jeśli ktoś ma ochotę usłyszeć trochę więcej, może kupić płytę… lub koszulkę. No i racja, na płytach zespół brzmi całkiem nieźle, a gitary prawie brak. Miejmy nadzieję, że następnym razem nagłośnienie nie nawali i że gitarzysta nie będzie mógł przyjechać. Na uwagę zasługiwała również urodziwa pani, siedząca z tyłu sceny za nakrytym czarnym materiałem stołem, która cierpliwie kręciła korbą. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że rolę miała czysto dekoracyjną, ale głowy nie dam.

Kolejnym punktem programu, na który z niecierpliwością wyczekiwałem, był koncert pochodzącego z Sankt Petersburga zespoły Theodor Bastard. Nie byłem pewien, czego oczekiwać, jako że znane mi z nagrań koncertowe aranżacje utworów tej grupy nie zawsze przypadały mi do gustu. Zespół jednak wyraźnie wziął pod uwagę przed jaką publicznością występuje i skoncentrował się bardziej na orientalnym niż rockowym aspekcie swojej twórczości. Z bardzo dobrym efektem, trzeba przyznać. Jako ciekawostkę można dodać że występ w Lipsku przypadł zaraz po koncercie w Warszawie i zaraz przed występem w Poznaniu. Zapewne nie wszyscy też wiedzą że wokalistka zespołu - Yana Veva - jest również nowym głosem elektroniczno-orientalnego projektu Stefana Hertricha (byłego wokalisty Darkseed) Shiva in Exile. Również miłośnicy tego projektu znaleźli coś dla siebie, jako że Theodor Bastard na bis wykonał utwór “Anubis" z repertuaru Shiva in Exile.

Niestety występ kolejnego zespołu “Love is Colder than Death" został odwołany z powodów zdrowotnych.

Na zakończenie wystąpił projekt Infraworrior, znanej z Faith and the Muse Moniki Richards. Jak sama wokalistka stwierdziła dziękując publiczności, był to eksperyment, który miał za zdanie pomóc jej określić dalszy kierunek rozwoju projektu. Eksperyment można uznać za udany. Ciekawym pomysłem było wyświetlanie specjalnie na tę okazję nakręconych filmów i tworzone na żywo interaktywne wizualizacje przy pomocy kamer umieszczonych na scenie. Nieco mniej podobał mi się pomysł nakładania na siebie wokali, który w rezultacie polegał na tym że część ich leciała z taśmy. W zasadzie był to nie tyle koncert, co spektakl. Świetnie sprawiła się tancerka ognia, choć pewne rekwizyty czy gesty mogły być bezspornie uznane za nieco kiczowate.

Poniedziałek

Ostatni dzień festiwalu zacząłem koncertem zespołu, który na WGT występuje od dawna i niezwykle często - In the Nursery. O tym jak bardzo publiczność festiwalowa sobie występy tej grupy ceni może świadczyć fakt, że mimo że koncert odbywał się w ogromnym budynku Pantheonu, spora część chętnym musiała zadowolić się nasłuchiwaniem z otaczającego okrągłe pomieszczenie ze sceną korytarza. Zespół zaprezentował zarówno starsze utwory, jak i te pochodzące z najnowszej płyty “Blind Sound". Występ był na prawdę świetny, ale to jest w przypadku In the Nursery standard.

W przerwie między koncertami w Pantheonie udało mi się wślizgnąć się na koncert grupy Plastin Noise Experience w pobliskiej Halle 15. Tym razem nagłośnienie na szczęście nie nawaliło. Zespół ten zawsze chciałem zobaczyć na żywo, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Wreszcie się udało, choć być może troszkę za późno, bo występowi wprawdzie nie mam nic do zarzucenia, ale zabrakło moich ulubionych starych kawałków. No ale przecież nie można ciągle grać tego samego.

Następnie w Pantheonie odbył się koncert amerykańskiego projektu Lustmord. Na scenie pojawił się Brian Williams, który ani na chwilę nie ruszył się sprzed laptopa, a na wielkim ekranie za nim pojawiały się wyraźnie specjalnie i precyzyjnie przygotowane wizualizacje. Trzeba przyznać że sala ma świetną akustykę, dzięki której koncert okazał się całkiem ciekawy. Nie jestem jednak szczególnym fanem laptopów odwalających całą robotę.

Ostatnim występem tego dnia był koncert, legendarnej już w zasadzie, grupy Chris and Cosey. Grupę założyli w 1981 Chris Carter i Cosey Fanni Tutti, wcześniej członkowie formacji Throbbing Gristle. Grupa znana jest też jako CTi oraz Carter Tutti. Koncert należał do bardzo udanych, tutaj również muzycy zaprezentowali utwory z różnych okresów ich twórczości. Pojawił się tylko jeden problem - było niemiłosiernie głośno.

I tak mocno przytępionym słuchem zakończył się dla mnie dwudziesty Wave-Gotik-Treffen, jako że na kończący festiwal koncert nowego projektu Welle Erdball - Homo Futura nie udało mi się dostać z racji przepełnienia sali w Moritzbastei. Przypuszczalnie organizatorzy nie wzięli pod uwagę takiej ilości zainteresowanych.

Pozostaje czekać do następnego roku. Festiwal dobywa się zawsze w weekend poprzedzający Zielone Świątki, czyli w 2012 w dniach 25 - 28 maja.

Igor Krakowiak

Komentarzy: 0 07.07.11 - 18:36

Nie wolno wykorzystywac jakichkolwiek materiałów tej strony bez zgody autora (i/lub) administratora. Okładki płyt oraz teksty utworów zamieszczone są wylącznie w celach edukacyjnych.
Coldwave | Darkwave | Subkultura Gotycka | Gotyk | Goth | Gothic | Neofolk | Electro | EBM | Postindustrial | Industrial | Gothic Rock | Gothic Subculture